16 lat to dużo czy mało?
Dziś przychodzę podzielić się z Wami najintymniejszą moją tajemnicą, którą trzymałam w sobie piętnaście lat! Będzie długo, usiądź z herbatą.
16 lat temu, dokładnie 11 lutego 2009, o godzinie 6 rano poczułam lekkie pobolewanie w podbrzuszu, trochę jak na okres, ale w sumie nic wielkiego.
Szkoda, że wtedy nie wiedziałam tego, co wiem dziś. Szkoda, że nikt mi nie powiedział, a co gorsza, kilka osób wprowadziło mnie w błąd…
Powiedzialam mężowi, że czuje coś, ale spokojnie może iść do pracy. Byłam w 38 tygodniu ciąży.
To niekoniecznie był poród. Nie wiem… Tak myślę po latach, bo wcześniej nie wydarzyło się nic, co mogłoby zapowiadać, że poród się rozpocznie. Nie odszedł mi czop śluzowy, nie miałam żadnych przepowiadających skurczy…. Normalnie budzisz się rano, jesteś bardzo młoda, kompletnie nieświadoma swojego ciała, bez podstawowej wiedzy…. i masz jakieś lekkie, regularne, skurczyki. A może to właśnie rozpoczynał się poród…?
Zestresowałam się na pewno, bo pamiętam, że nie zjadłam śniadania, które zrobił mi mój tata. Nie poprosiłam go też, żeby poszedł po auto do garażu. Żałuje tego. Gdybym mogła cofnąć czas… chciałabym, aby to właśnie on był wtedy przy mnie.
Zamiast tego, wzięłam szybki prysznic, zapisując na kartce, co ile mam skurcze. Pamiętam, że były regularne, co 12 minut.
Zadzwoniłam do najstarszej siostry. I to był pierwszy mój błąd, bo ona wpadła spanikowana, że to trzeba już, natychmiast jechać do szpitala…
A mogłam sobie spokojnie jeszcze odpoczywać w swoim własnym łóżku…
Więc ok 10 już byłam na porodówce…. I tam też nikt mi nie powiedział, że za wcześnie! Że poród, zwłaszcza ten pierwszy, może trwać nawet dobę.
Za to pani położna zbadała mnie boleśnie, krwawiłam po tym badaniu mocno, więc domyślam się, że wykonała masaż szyjki macicy bez mojej zgody. Ba, nawet bez pytania się mnie o cokolwiek. A następnie użyła jakiegoś metalowego przyrządu, coś w rodzaju cyrkla, aby sprawdzić szerokość mojej miednicy…. Czyżby podejrzewała, że jestem za drobna, by rodzić naturalnie? Na szczęście matematyczny wynik w jej ocenie był prawidłowy i dostałam małą salę porodową.
I piłkę.
Tylko szkoda, że nikt mi nie pokazał jak jej używać…
Ok godziny 13 zabrali mnie piętro niżej na USG. Do tej pory nie wiem po co… i co ono wniosło.
A gdy wróciłam, położna podłączyła mi kroplówkę. Nie wiedziałam z czym… ale czy to teraz ważne? Wtedy i tak bym się pewnie zgodziła, myśląc, że tak trzeba… że tak przebiega naturalny poród.
Teraz wiem, że to była sztuczna oksytocyna, która doprowadziła moją macicę do hiperstymulacji, a moją córeczkę do niedotlenienia, wylewu śródczaszkowego i urazu mózgu.
O 16 znów bolesne badanie i bez pytania, bez informowania o konsekwencjach dla zdrowia dziecka, przebicie wód płodowych.
Były czyste.
Od momentu podłączenia sztucznej oksytocyny, nie mogłam już zejść z łóżka. Nie pamiętam, czy miałam KTG cały czas…. Ale pamiętam, że nie było mi wygodnie. Ból był nie do wytrzymania. To nie było moje ciało, to nie ono prowadziło…. Trzęsłam się. Położna przyniosła mi koc… lecz nie było mi zimno… to ciało już wytrząsywało traumę.
Pamiętam jedno bardzo bolesne badanie, gdzie miałam wrażenie, że ręka położnej jest cała we mnie, a w tym samym momencie mój mąż trzymał mnie za głowę…. Zgniatali mnie jak harmonijkę.
Wieczorem zaczęły się skurcze parte.
Leżałam na plecach. Położna rozchylała mi kolana.
Przede mną wielki świecący reflektor, tak jasny, że ilość żarówek pamiętam do dziś.
Przy parapecie, z założonymi rękoma, stoi lekarz ginekolog. Stoi i gapi się w moje krocze.
Nie wiem kiedy położna mnie nacieła, ale znów zrobiła to bez zapytania mnie i informowania.
Przecięła pępowinę natychmiast, nawet nie odczekała minuty. I pędem zabrała moją córeczkę…
Natalka nie płakała. Nie oddychała.
Reanimowali ją.
Ta cisza trwała tak długo….
Krzyczałam do męża: “biegnij za nią!”
I myślę, że on też właśnie wtedy doznał traumy…
Od tamtej pory już nic nie było tak jak powinno…
Mnie czekało jeszcze szycie krocza.
Bez znieczulenia. To było chyba gorsze niż rodzenie.
Położna znowu rozchyliła mi nogi i przytrzymywała łokciami. Krzyczałam. Pierwszy raz w porodzie krzyczałam, że boli… A ona do mnie powiedziała, że mam być cicho, że już przecież urodziłam.
Więc umilkłam. Zacisnęłam zęby, a wraz z nimi całe ciało – na wiele lat.
*********************************************
Natalka urodziła się z wylewem śródczaszkowym III stopnia (przeczytajcie sami, co to oznacza).
Konsekwencje tego błędnie poprowadzonego porodu odczuwamy do dziś. A wystarczyło zostawić mnie w spokoju… Nie ingerować tam, gdzie nie trzeba…
Gdy na drugi dzień, przyszła pani doktor pediatra, zapytała mnie: “czy zdaje sobie pani sprawę, w jakim stanie jest dziecko?”
A ja?! Patrzę na nią, na śpiącą w plastikowej mydelniczce, szczelnie zawiniętą w pieluchy, córeczkę….. i nie rozumiem, co ona do mnie mówi…
Dochodzi do mnie wszystko po latach… Puzzle zaczynają się układać, gdy od jednego lekarza do drugiego biegamy po wizytach….
I tak moja piętnaście lat.
A ja święcie przekonana, że oni uratowali mi dziecko!
Choć miałam już wiedzę, choć byłam doulą, to wciąż głupio wierzyłam, że tak trzeba było….
**********************************************
W marcu ubiegłego roku, pojawiam się pierwszy raz na warsztatach Birth Into Being – Basia Blichowska. Kompletnie nie wiem, co się będzie działo, ale wiem, że muszę, że to mój czas….
Pierwszy dzień, super, ekscytacja. Proces, w którym uwalniam swój głos. Wtedy jeszcze nie wiem po co, dziś kropki się połączyły. Wszystko ma swój czas i cel.
Drugiego etapu bałam się najbardziej, bo dotyczy on rodziny. A to taki temat, który wałkuję już kilkanaście lat…
Pomyślałam, że skoro to przeżyłam, to nic mnie już nie zaskoczy…. Hahaha, w duszy śmieje się sama z siebie… Naiwna ja.
Etap trzeci. Siadam na przeciwko Basi. Jeden na jeden. Rozpoczyna się mój proces, a ja czuję jak mi zimno. Odkrywam się kilkoma kocami.
Trzęsie mi się ciało.
Drżą nogi, ręce, wargi…
Ciężko mi oddychać i mówić.
Proces prowadzi mnie przez ułamek sekundy do dzieciństwa, kiedy koleżanka mojej mamy dotknęła moich dopiero co rosnących piersi. Zawstydziłam się wtedy, miałam może z dwanaście lat.
Nagle czuję ogromną potrzebę rozebrania się. To jest niewytłumaczalne, to się po prostu działo samo. Kątem oka zerkam na kobiety trzymające pole i pytam ich o zgodę. “Czy będzie Wam przeszkadzać, jeśli się rozbiorę?”
Zrzucam z siebie niemalże wszystko. Zaczynam trzepać ciałem, wolnym ciałem na wszystkie strony. To trwa chwilę. Po czym zrzuca mnie z krzesła na podłogę. Skulam się.
Rzucam się po podłodze, walę ze złością pięściami w podłogę i wrzeszczę coś, ze to ich wina! Że to oni nie pozwolili jej się urodzić! Że to oni doprowadzili do jej niepełnosprawności!
Że moje ciało potrafiło ją urodzić!
Ona potrafiła się sama urodzić!
Jest we mnie bardzo dużo smutku, frustracji, niezgody. Leją się łzy żałoby…
Nagle czuję, że coś nadchodzi.
Coś wielkiego.
Nagle jestem znowu na początku porodu mojej pierwszej córki. Czuję ból miesiączkowy w podbrzuszu. Czuję skurcze. Czuję jak rozszerza mi się krocze…. Basia opuszcza lalkę po moich plecach.
Klęczę na podłodze, w najbardziej naturalnej, najczęściej wybieranej przez kobiety, intuicyjnej pozycji porodowej. Dotykam główki. Czuję włosy.
Czuję, że muszę przeć. I robię to, wydając z siebie dźwięk. I teraz już wiem, dlaczego w pierwszym procesie musiałam uwolnić głos.
I rodzi się w moje ramiona ONA, na nowo, piętnaście lat później… dokładnie tak, jak obie tego potrzebowałyśmy.
I zostaje w moich ramionach, tuliły się. Nikt mi jej nie zabiera. Budujemy więź, bliskość.
Basia pomaga mi się przesiąść na krzesło, okrywa mnie kocem, a ja karmię ją piersią. I czuję mrowienie w piersiach, tak jak dawniej…
Obie urodziliśmy się na nowo.
**********************************************
Gdy ktoś mnie pyta: jak długo nosi się w sobie traumę? Odpowiadam: tak długo, aż nie będziesz gotowa ją uzdrowić.
Ja nosiłam w sobie, w swoim ciele, traumę pierwszego, przemocowego porodu przez 15 lat.
I nie wiedziałam, że ją mam.
Z tego powodu też zadziało się wiele innych, trudnych spraw, o których dopiero teraz wiem, że są następstwem tego, czego doświadczyłam ja i mój mąż. On też został straumatyzowany.
**********************************************
Dziś Natalia obchodzi swoje 16-te urodziny, a dla mnie to jakby jej pierwsze.
W ciągu ostatniego roku nasza relacja bardzo się zmieniła, przeszła swój własny proces.
I jedno, czego mogę życzyć mojej ukochanej córce, to to, żeby zawsze ufała sobie, swojej intuicji i ciału.
Żeby mogła być sobą, bo jest piękną kobietą, dokładnie taka, jaka jest. A bywa trudna ![]()
bo ona szuka prawdy i uzdrowienia. I buntuje się na wszystko i wszystkich. A ja dopiero po tylu latach rozumiem dlaczego… Choć nie jest łatwo.
Kocham Cię Natalko,
Mama


Hi, this is a comment.
To get started with moderating, editing, and deleting comments, please visit the Comments screen in the dashboard.
Commenter avatars come from Gravatar.